Globalna gospodarka nadal napędza ocieplenie. W ostatnich latach zarówno PKB per capita, jak i emisje CO2 osiągają kolejne rekordowe poziomy. Taka sytuacja podważa dotychczasowe nadzieje na „zielony wzrost”, czyli oddzielenie rozwoju gospodarczego od degradacji środowiska naturalnego. Ekonomiści i liderzy polityczni podkreślają, że miara sukcesu oparta na PKB nie oddaje ponoszonych kosztów społecznych i ekologicznych. Proponują przejście na alternatywne modele, jak „wellbeing budget” czy „doughnut economics”. Z kolei krytycy zielonego wzrostu twierdzą, że dotychczasowe próby oddzielenia emisji od produkcji nie redukują akumulacji CO₂ w atmosferze, a przekroczenie granic może spowodować katastrofę klimatyczną w skali całej planety.
Paradoks wzrostu gospodarczego i emisji CO2
Rosnący Produkt Krajowy Brutto (PKB) stoi w paradoksalnej korelacji z emisjami CO₂, którą politycy i ekonomiści usiłują pojąć już od dekad. Pomimo licznych porozumień klimatycznych czy wdrażanych strategii „zielonego wzrostu”,globalny PKB per capita oraz emisje gazów cieplarnianych nadal idą w parze. Wyjaśnienie tego zjawiska byłoby kluczem do zrozumienia, dlaczego cele klimatyczne pozostają poza zasięgiem, pomimo postępu technologicznego oraz rosnącej świadomości społecznej.
Tradycyjne modele wzrostu gospodarczego opierają się na zwiększonej produkcji dóbr i usług. Historycznie wiązało się to z większym zużyciem energii i paliw kopalnych. Analizy empiryczne pokazują, że wzrost gospodarczy jest statystycznie skorelowany z wyższą emisją CO₂ – w wybranych państwach wzrost PKB o 1% zwiększał emisje o około 0,4-0,5%. Daje się też zauważyć, że chociaż w ostatnich latach tempo wzrostu emisji spadło dzięki poprawie efektywności i dekarbonizacji części gospodarki, to globalnie do atmosfery trafia coraz więcej CO2, osiągając nowe rekordy. Właściwie emisja w skali globalnej już przekracza granice bezpieczeństwa klimatycznego.
Decoupling w praktyce a legitymizacja emisji
Coraz częściej pojawiają się sygnały rozdzielenia wzrostu gospodarczego od emisji („decoupling”), szczególnie w krajach rozwiniętych i niektórych wschodzących. Według analiz, 92% globalnego PKB znajduje się w państwach, które rosły gospodarczo, a ich emisje rosły wolniej lub nawet spadały. Trend ten jest znacznie bardziej wyraźny po roku 2015. To budzi nadzieję, że innowacje technologiczne, cenna dekarbonizacja usług i energii, rozwój OZE oraz efektywność energetyczna mogą częściowo odłączyć emisje od wzrostu gospodarczego. Jednak nawet tam, gdzie emisje spadają, często jest to efekt przesunięcia intensywnych procesów produkcyjnych do krajów o niższych standardach klimatycznych czy wynik redukcji części emisji energetycznych, jak ma to miejsce w Unii Europejskiej.
Sprawa jest jeszcze bardziej złożona, gdy weźmie się pod uwagę różnice między krajami rozwiniętymi a rozwijającymi się. Te pierwsze mają większe zasoby technologiczne i finansowe na transformację energetyczną, przez co często zarządzają redukcjami emisji przy jednoczesnym wzroście PKB. Jednak dla wielu krajów tzw. globalnego południa emisje są postrzegane jako „konieczny koszt rozwoju”. Tak przecież wcześniej rozwijały się dzisiejsze bogate gospodarki.
Efekty są takie, że rozwijające się gospodarki podnoszą emisje, by nadrobić cywilizacyjny dystans, natomiast globalne statystyki maskują przeniesienie emisji z krajów bogatych do łańcuchów dostaw w krajach o tańszej produkcji. Powoduje to, że światowe emisje nadal rosną, nawet jeśli niektóre kraje lokalnie redukują emisje per capita.
Strategia „zielonego wzrostu” to za mało
„Zielony wzrost” zakładający, że gospodarka może się rozwijać przy jednoczesnej redukcji emisji, jest teoretycznie możliwy. Lokalne efekty są stosunkowo łatwe do obserwacji, ale w praktyce są istotne ograniczenia:
- Wiele transformacji technologicznych jest wciąż zbyt powolnych, aby zrekompensować całkowity wzrost gospodarczy i zapotrzebowanie energetyczne.
- Globalna gospodarka pozostaje w dużym stopniu uzależniona od paliw kopalnych, a popyt na nie w wielu krajach jest wspierany przez politykę i subsydia.
- Obecne rachunki PKB nie uwzględniają kosztów środowiskowych i społecznych degradacji, co sprzyja dalszym wzrostom emisji.
Paradoks wzrostu gospodarczego i emisji CO₂ pokazuje, że nie wystarczy tylko technologiczny lub polityczny postęp. Aby globalne cele klimatyczne miały szansę realizacji, świat musi rozważyć:
- zmianę sposobu mierzenia sukcesu gospodarczego, idąc dalej niż PKB, aby włączyć ograniczenia ekologiczne i dobrostan społeczny;
- koordynację międzynarodowej polityki klimatycznej, która uwzględnia różne poziomy rozwoju i realia krajowych gospodarek;
- przyspieszenie transformacji energetycznej i restrukturyzację sektorów intensywnie emisyjnych z myślą o globalnym wpływie, a nie tylko lokalnym decouplingu.
Bez takich kroków wzrost gospodarczy ryzykuje ciągłe napędzanie emisji, podważając osiągnięcie porozumień klimatycznych i prowadząc do przekroczenia granic klimatycznych, czego konsekwencje będą trudne do odwrócenia.
PKB – relikt epoki przemysłowej
Produkt Krajowy Brutto to jeden z fundamentów współczesnej ekonomii, który kwantyfikuje wartość dóbr i usług wytworzonych w gospodarce. Jego rola w polityce gospodarczej wynika z praktyczności i długiej tradycji oceny gospodarki – im wyższe PKB, tym „lepsza” gospodarka. PKB mierzy jednak tylko rozmiar gospodarki, a nie jej jakość.
PKB nie ujmuje kosztów środowiskowych ani społecznych. Wycinanie lasów, zanieczyszczenie rzek czy porządkowanie po katastrofach ekologicznych podnoszą PKB, bo generują aktywność ekonomiczną. Równocześnie niszczą naturalny i społeczny kapitał. W modelach ekonomicznych „odbudowa” po klęsce jest traktowana jako pozytywny wkład do produkcji, choć rzeczywiste straty w dobrostanie społecznym pozostają ukryte.
Krótka i skupiona na przepływach dóbr i usług perspektywa PKB sprawia, że wskaźnik ten jest niewystarczający do mierzenia postępu w epoce, gdy pandemie, wojny, kryzysy klimatyczne i globalne nierówności wymagają szerokich, długoterminowych ocen kosztów społecznych i ekologicznych.
Zrównoważone mierniki postępu zamiast PKB
W odpowiedzi na ograniczenia PKB jako miary postępu gospodarczego, powstało kilka alternatywnych teorii i wskaźników.
- Doughnut Economics, to koncepcja autorstwa Kate Raworth. Proponuje „bezpieczną i sprawiedliwą przestrzeń” rozwoju, w której gospodarka działa między dolną granicą społeczną (zero ubóstwa, edukacja, zdrowie) a górną granicą ekologiczną planety. To model, który nie uzależnia dobrostanu od ciągłego wzrostu PKB, lecz szuka równowagi między ludzkimi potrzebami a limitami środowiskowymi.
- Wellbeing Budgets (Budżety Dobrostanu), to stosowane m.in. w Nowej Zelandii podejście do polityki publicznej, które daje priorytet zdrowiu obywateli, środowisku, edukacji i bezpieczeństwu przed wzrostem gospodarczym jako takim. Chodzi tu o zmianę perspektywy z tego ile produkujemy na to, jak żyjemy.
- Genuine Progress Indicator (GPI), to wskaźnik ekonomiczny korygujący PKB o koszty społeczne i środowiskowe, takie jak emisje, degradacja środowiska czy nierówności. GPI obniża wartość tam, gdzie PKB „na plusie” ukrywa realne straty i jest coraz częściej proponowany jako komplementarny miernik postępu.
Przedstawiciele ONZ i UE oraz czołowi ekonomiści podkreślają, że ekonomia XXI wieku musi mierzyć to, co naprawdę się liczy: jakość życia, sprawiedliwość społeczną i stabilność środowiskową. Bez takiego przesunięcia nadal będziemy mierzyć postęp wskaźnikiem PKB, który jest dobrym indykatorem dla firm i rynków, ale nie dla przyszłości ludzkości iplanety.
Granice odpowiedzialnej gospodarki – „zielony wzrost” czy „post-growth/degrowth”
Po dekadach międzynarodowych porozumień klimatycznych i niezliczonych raportów naukowych pozostaje zasadnicze pytanie: czy da się utrzymać wzrost gospodarczy, jednocześnie ratując klimat, czy też realna ochrona planety wymaga głębszego przewartościowania modelu wzrostu? Debata o granicach „zielonego wzrostu” wobec „post-growth/degrowth” stała się jednym z najbardziej kontrowersyjnych sporów XXI-wiecznej ekonomii ekologicznej.
Zwolennicy „zielonego wzrostu” opierają swoją nadzieję na technologicznym postępie i gospodarce innowacji. Zakładają, że poprzez inwestycje w odnawialne źródła energii, cyfryzację, efektywność energetyczną oraz zielone technologie możliwe jest „odczepienie” emisji gazów cieplarnianych od PKB („decoupling”). Takie też podejście dominuje dziś w polityce publicznej. Instytucje międzynarodowe, rządy i część biznesu widzi „zielony wzrost” jako najbardziej pragmatyczną ścieżkę, pozwalającą zachować miejsca pracy, konkurencyjność i innowacje, przy jednoczesnym ograniczaniu emisji. Realizacja strategii klimatycznych często opiera się właśnie na takich przejściach technologicznych: od węgla do OZE, od przemysłu ciężkiego do usług cyfrowych.
Rośnie jednak sceptycyzm, że „zielony wzrost”, pomimo sukcesów lokalnych może nie wystarczyć globalnie. Krytycy wskazują na fundamentalny fakt: globalna gospodarka wciąż zużywa coraz więcej zasobów i energii, a całkowite emisje CO₂ nadal rosną. Taka dynamika sugeruje, że technologie nie nadążają za tempem ekspansji ekonomicznej.
W kontrze do tego stoi koncepcja „post-growth/degrowth” postulująca, że odpowiedzialna przyszłość wymaga ograniczenia produkcji i konsumpcji, szczególnie w krajach bogatych. Niemożliwe jest bowiem globalne odczepienie wzrostu od degradacji środowiska, skoro cała historia gospodarcza XX i XXI wieku pokazuje silną zależność między wzrostem PKB a emisjami i zużyciem surowców.
Zwolennicy „post-growth/degrowth” podkreślają, że problem nie leży tylko w technologii, ale w samym paradygmacie gospodarczym, który traktuje wzrost jako cel sam w sobie. Ciągła ekspansja ekonomiczna generuje presję na limitowane zasoby planety i prowadzi do naruszania granic ekologicznych klimatu, a także bioróżnorodności czy cykli biogeochemicznych. Postulują więc głębokie reformy: redukcję konsumpcji, skrócenie tygodnia pracy, przesunięcie priorytetów inwestycyjnych od dóbr materialnych ku sferze opieki i usług społecznych.
Debata, którą z koncepcji wybrać nie jest teoretyczna. To polityczna i ekonomiczna konieczność, której konsekwencje zdecydują o kształcie świata w nadchodzących dekadach. Obie koncepcje zgadzają się, że bieżący model nie zabezpiecza przyszłości. Różnią się jednak w ocenie, czy kluczowe będą nowe technologie i efektywność, czy też transformacja społeczna i ekonomiczna, która kwestionuje samo pojęcie wzrostu jako centralnego celu. A może zamiast wybierać „zielony wzrost” albo „post-growth/degrowth”, strategia skutecznej polityki klimatycznej powinna wymagać połączenia innowacji: modernizowania technologii tam, gdzie to możliwe, i ograniczania destrukcyjnych praktyk tam, gdzie „decoupling” zawodzi.
Międzynarodowe negocjacje klimatyczne w czasach stagnacji
Międzynarodowa polityka klimatyczna, od Ramowej Konwencji Narodów Zjednoczonych w Sprawie Zmian Klimatu (UN Framework Convention on Climate Change, UNFCCC, 1992 r) po kolejne szczyty klimatyczne (Conference of the Parties, COP), od niemal trzech dekad wyznacza priorytety globalnych strategii przeciwdziałania zmianom klimatu. Ambitne deklaracje i kolektywne cele, takie jak ograniczenie wzrostu temperatury średniej globalnej poniżej 1,5°C zapisane w Porozumieniu Paryskim w 2015 r., stanowiły wspólny punkt odniesienia dla rządów, naukowców i społeczności obywatelskich.
Jednak wraz z eskalacją skutków kryzysu klimatycznego rośnie sceptycyzm co do efektywności mechanizmów politycznych, jak i gospodarczych. Szczyt COP30 w Belém w Brazylii w 2025 r. miał być „momentem zwrotnym” w walce z globalnym ociepleniem. Okazał się jednak źródłem frustracji, a nie przełomowych decyzji. Pomimo zbliżającego się krytycznego przekroczenia progu 1,5°C, negocjacje zostały zdominowane przez lobbystów, a brak realnych ambicji i spory geopolityczne jeszcze bardziej podważyły zaufanie do mechanizmów tradycyjnych porozumień klimatycznych.
Czy realizacja zobowiązań klimatycznych jest wystarczająca?
Realizacja zobowiązań klimatycznych przez najbogatsze państwa świata jest niewystarczająca. Raporty analityczne pokazują, że krajom G7 grozi niewypełnienie własnych celów na 2030 r., co bezpośrednio zagraża utrzymaniem globalnego ocieplania się klimatu powyżej zakładanego poziomu. Redukcja poniżej 40–42% emisji CO2 w tym okresie oznaczać będzie przekroczenie emisji, dające szansę na osiągnięcie celu ocieplenia o maksymalnie 1,5°C.
Rola polityki międzynarodowej nie ogranicza się jednak do negocjowania sum redukcji emisji. Pozostajekwestia finansowania klimatycznego i sprawiedliwości klimatycznej, co oznacza transfer środków z krajów bogatych do uboższych. To one ponoszą proporcjonalnie większe skutki zmian klimatu, mimo że historycznie odpowiadają za znacznie mniejsze emisje. Spór o finansowanie utrudnia jednak uzgodnienia bardziej ambitnych celów, a także powoduje wzrost sceptycyzmu do sensu uzgodnień ONZ i COP.
Pozytywne przykłady pokazują jednak, że międzynarodowa koordynacja nadal może działać. Unia Europejska nawet pod presją gospodarczą deklaruje utrzymanie ambitnych celów redukcji emisji i finansowania działań klimatycznych. Dotychczas dostrzegała w tym szansę na globalne przywództwo i równoczesne zabezpieczenie rozwoju gospodarczego, chociaż już widać, że w czasach silnej presji ze strony międzynarodowej konkurencji jest to właściwie mrzonka. Warto jednak zauważyć należy, że debata o realnych kosztach i korzyściach wynikających z polityki klimatycznej jest coraz bardziej intensywna.
Centrum zarządzania ryzykiem cywilizacyjnym
Paradoks współczesnej polityki klimatycznej jest więc taki, że jej ramy formalne są szeroko uznane i popierane. Jednak realna implementacja i wsparcie polityczne powoli stają się coraz słabsze. Potrzebne są więc nie kolejne deklaracje i negocjacje, ale konkretne, wiążące mechanizmy egzekucyjne, czego nie gwarantują obecne procesy, dobrowolne i często pozbawione sankcji.
Bez stworzenia nowej architektury globalnej polityki klimatycznej z realnymi instrumentami egzekwowania, dotychczasowa międzynarodowa polityka klimatyczna okaże się pustą bańką. Tradycyjne mechanizmy negocjacyjne okażą się przestarzałe, a nam nie uda się zatrzymać katastrofalnych skutków zmian klimatu. Jeśli COP ma przetrwać jako miejsce, gdzie wypracowuje się realne narzędzia, musi przestać być dyplomatycznym teatrem, a stać się centrum zarządzania ryzykiem cywilizacyjnym. [MI]









