Europa została postawiona pod ścianą nie przez wroga, lecz przez sojusznika. I właśnie w tym tkwi sedno problemu. Kryzys wokół Grenlandii nie był jedynie dyplomatycznym incydentem ani kolejną odsłoną retoryki siły prezentowanej przez Prezydenta USA Donalda Trupa. Był testem dojrzałości Unii Europejskiej jako podmiotu politycznego oraz brutalnym przypomnieniem, że transatlantyckie partnerstwo nie jest prawem natury, lecz konstrukcją wymagającą stałej pielęgnacji oraz stawiania granic chęci dominowania przez jednego z członków.
Groźba użycia ceł jako narzędzia nacisku w celu wymuszenia ustępstw terytorialnych była przysłowiowym przekroczeniem Rubikonu. Nie chodziło wyłącznie o Grenlandię ani o Danię. Chodziło o precedens: czy największa potęga Zachodu może traktować swoich sojuszników jak przedmiot negocjacji handlowej? Reakcja Europy chociaż była trochę spóźniona, jednak okazała się stanowcza. I co najważniejsze – zbiorowa. To rzadki moment, gdy dwadzieścia siedem państw mówi jednym głosem, nie z entuzjazmu, lecz ze zrozumiałej konieczności.
Słowa Antónia Costy, że „relacje między partnerami i sojusznikami powinny być prowadzone w sposób uprzejmy i pełen szacunku”, brzmią jak oczywistość. W obecnym klimacie geopolitycznym są jednak deklaracją polityczną, a nie banałem. Gdy dodaje, że Unia „będzie bronić siebie, swoich państw członkowskich, obywateli i firm przed jakąkolwiek formą przymusu”, to nie jest groźba, ale przypomnienie, że Europa przestała być wyłącznie rynkiem i w końcu staje się istotnym graczem.
Równie wymowne były słowa Ursuli von der Leyen o skuteczności postawy „stanowczej, nieeskalacyjnej i przede wszystkim bardzo zjednoczonej”. To nowe credo europejskiej polityki: mniej emocji, więcej narzędzi. Zapowiedź wzmacniania siły gospodarczej, dywersyfikacji łańcuchów dostaw i większej niezależności wobec Stanów Zjednoczonych nie jest anty-amerykańska. Jest anty-naiwna. Jak trafnie zauważyła przewodnicząca Komisji: „To nie wydarzy się z dnia na dzień. To ciężka praca.” Europa wreszcie przestaje wierzyć w drogę na skróty.
Cień tego kryzysu jest jednak długi. Fakt, że szczegóły porozumienia wynegocjowanego pod auspicjami NATO nie zostały ujawnione, rodzi nieufność. Emmanuel Macron nie bez powodu mówił o czujności i gotowości do użycia dostępnych instrumentów. Narzędzia przeciwdziałania przymusowi gospodarczemu, dotąd teoretyczne, nagle stały się realną opcją. To znak czasów: miękka siła potrzebuje twardych zabezpieczeń.
Dla Danii była to lekcja bolesna, ale klarowna. Mette Frederiksen, mówiąc, że „nasze demokratyczne zasady nie podlegają negocjacjom”, postawiła granicę, której przekroczenie oznaczałoby koniec rozmowy. Zaufanie, które powinno być fundamentem każdego sojuszu, zostało nadwyrężone. Odbudowa będzie możliwa tylko pod warunkiem, że współpraca będzie, jak sama podkreśliła, „pełna szacunku, bez wzajemnych gróźb”.
Europa odetchnęła z ulgą, gdyż uniknęła wojny celnej, która mogłaby zdestabilizować gospodarkę i osłabić wspólny front wobec Rosji. Ale chwilowa ulga to nie trwały spokój. W Davos, gdzie napięcia przeniosły się na salony globalnej elity, dawało się wyczuć zmianę nastroju. Epoka bezwarunkowego zaufania do Waszyngtonu dobiega końca. Nie z powodu wrogości, lecz realizmu oraz wzrostu świadomości europejskich polityków.
Kryzys wygenerowany przez Trumpa nie był w stanie zniszczyć relacji transatlantyckich. Odsłonił jednak ich kruchość. Europa wyszła z niego bardziej świadoma swojej wartości, ale też swoich słabości. Teraz jest ten najważniejszy moment, w którym politycy muszą zdecydować, czy Europa ma być przedmiotem cudzych ambicji, czy podmiotem własnej historii. Grenlandia była tylko pretekstem. Stawką jest suwerenność myślenia i niezależny od USA rozwój Unii Europejskiej. [MI]









