Gdy Donald Trump mówi o pokoju, warto sprawdzić, czy nie chodzi mu przypadkiem o ciszę po grabieży. Jego pomysł powołania „rady pokoju” dla Gazy nie jest dyplomatyczną innowacją ani próbą stabilizacji regionu. To projekt imperialny w najczystszej, XIX-wiecznej formie, tyle że opakowany w język zarządzania, inwestycji i „rekonstrukcji”. Stare imperia wysyłały gubernatorów i wojsko; nowe wysyłają rady, fundusze i deweloperów.
Trump nie ukrywa, że nie interesuje go ani prawo międzynarodowe, ani podmiotowość narodów, których los bierze w swoje ręce. Gaza w jego wizji nie jest wspólnotą ludzi, lecz obszarem do zagospodarowania. Przestrzenią po katastrofie, która odpowiednio oczyszczona z mieszkańców i problemów, może stać się aktywem. To neokolonializm bez wstydu, bez frazesów o demokracji, bez udawania, że chodzi o coś więcej niż władzę i pieniądze.
Symbolika „rady pokoju” jest tu kluczowa. Nie ma w niej miejsca dla Palestyńczyków, za to są zaproszenia dla przywódców państw autorytarnych, półautorytarnych i jawnie reżimowych – Władimira Putina, Aleksandra Łukaszenki. A z rodzimego podwórka dla Karola Nawrockiego!?
I to nie jest przypadek. Trump bowiem nie szuka partnerów, którzy będą zadawać pytania o prawa człowieka, odpowiedzialność czy odbudowę społeczeństwa. Szuka takich, którzy rozumieją język siły, kontroli i interesów. Autokraci nie mają skrupułów, demokracje mają procedury. Wybór jest oczywisty.
Ta rada nie ma nic wspólnego z mediacją czy pokojem w klasycznym sensie. To raczej zarząd komisaryczny nad zrujnowanym terytorium, podejmujący decyzje ponad głowami tych, których te decyzje dotyczą. Gaza staje się laboratorium nowego modelu globalnego rządzenia: prywatnego, nieprzejrzystego, podporządkowanego logice kapitału. Państwa i ich przywódcy są w nim udziałowcami, a ludność cywilna – kosztem.
Imperialne ambicje Trumpa polegają jednak na czymś więcej niż dominacji jednego regionu. To próba zbudowania alternatywnego porządku światowego, w którym instytucje takie jak ONZ są według niego zbędnym reliktem, a globalne decyzje podejmuje się w wąskim gronie możnych i zamożnych. „Rada pokoju” ma być prototypem, który będzie można zastosować w miejscach, gdzie chaos, wojna lub katastrofa stworzą odpowiednie warunki. Dziś Gaza, jutro być może kolejny kraj.

W tej wizji nie ma sprzeczności między zapraszaniem reżimowych przywódców a mówieniem o stabilizacji. Przeciwnie, to spójny projekt. Reżimy są bowiem przewidywalne. Nie działa w nich opinia publiczna, więc nie muszą się tłumaczyć. Potrafią za to brutalnie egzekwować decyzje. Dla neokolonialnego zarządzania to zaleta. Demokracja jest tylko kłopotliwa, bo zadaje pytania. Autorytaryzm natomiast dostarcza wyników.
Trump idzie więc o krok dalej niż jego poprzednicy. Zachód przez dekady maskował swoje imperialne interesy moralną retoryką. Mówił o wolności, prawach człowieka, odpowiedzialności za świat. Trump jawnie zrywa z tym teatrem. Nie udaje, że niesie cywilizację. Mówi wprost o przejmowaniu, kontroli, opłacalności. To brutalna szczerość, która ma w sobie coś odświeżającego, ale jednocześnie zabójczego dla resztek globalnego porządku.
Problem w tym, że imperia, które porzucają chociażby pozory moralności, same podcinają gałąź, na której siedzą. Władza oparta wyłącznie na sile i pieniądzu jest krótkotrwała. Budzi strach, lecz nie lojalność. Tworzy koalicje z oportunizmu, a nie z przekonania. A gdy tylko pojawi się alternatywa, świat chętnie się od niej odwróci.
Gaza znalazła się dziś w epicentrum tej zmiany. Nie dlatego, że jest wyjątkowa, lecz dlatego, że jest pierwsza. Jeżeli „rada pokoju” Trumpa stanie się faktem, będzie to sygnał, że era maskowanego imperializmu dobiegła końca. Zostaje imperializm jawny, bezczelny i technokratyczny. Taki, który nie obiecuje lepszego świata, tylko skuteczniejsze zarządzanie ruiną. [MI]









