Europa nie może już udawać, że świat sprzed dekady jeszcze istnieje. W Davos padły słowa, które zamykają epokę złudzeń, a otwierają czas twardych decyzji. Grenlandia – do niedawna peryferyjna wyspa na mapie globalnej polityki, stała się symbolem nowej brutalności stosunków międzynarodowych. Gdy amerykański prezydent Donald Trump traktuje suwerenność terytoriów jak pozycję w koszyku zakupowym, Unia Europejska musi mówić językiem stanowczym, a nie wyłącznie proceduralnym.
Deklaracja, że suwerenność Grenlandii jest „niepodlegająca negocjacjom”, nie była jedynie obroną duńskiego terytorium autonomicznego. To komunikat do świata, że Europa nie zamierza być już miękkim podbrzuszem Zachodu. Zapowiedź „niezachwianej, zjednoczonej i proporcjonalnej” odpowiedzi to próba odbudowy wiarygodności politycznej wspólnoty, która zbyt długo reagowała po fakcie, zamiast wyznaczać granice z wyprzedzeniem. Słowa o „pełnej solidarności” i „masywnych inwestycjach” w Grenlandii są równie ważne jak groźby handlowe, gdyż pokazują, że siła dziś nie sprowadza się wyłącznie do ceł i sankcji, ale także do zdolności trwałego zakorzenienia obecności gospodarczej i politycznej.
Groźba amerykańskich taryf, rzucona niczym granat na stół sojuszników, obnaża głębokie pęknięcie w relacjach transatlantyckich. Jeśli dodatkowe 10 procent ceł ma być narzędziem wymuszania terytorialnych ustępstw, to mamy do czynienia nie z negocjacjami, lecz z ekonomicznym szantażem. W tej sytuacji europejskie spory o to, czy sięgać po „handlową bazookę”, czy raczej po telefon dyplomatyczny, brzmią jak dyskusja orkiestry na tonącym transatlantyku. Powściągliwość bywa cnotą. Jednak w epoce, w której presja jest metodą pierwszego wyboru, nadmiar ostrożności staje się zaproszeniem do kolejnych żądań.
Szczególnie znaczące było rozróżnienie między „ludźmi Stanów Zjednoczonych” a ich obecną administracją. To subtelny, lecz celny manewr retoryczny. Europa nie zrywa więzi cywilizacyjnej z Ameryką, ale jasno sygnalizuje, że partnerstwo nie oznacza bezwarunkowej zgody. Przypomnienie, że „umowa to umowa” oraz że „kiedy przyjaciele podają sobie ręce, musi to coś znaczyć”, jest oskarżeniem wypowiedzianym spokojnym głosem. Stwierdzenie, iż nowe taryfy byłyby „błędem”, brzmi niemal łagodnie, chociaż w dyplomatycznym języku to zarzut ciężkiego kalibru.
Najbardziej przełomowe nie były jednak same spory handlowe, lecz przyznanie, że „stary porządek umarł”. To zdanie zamyka epokę powojennej architektury bezpieczeństwa, w której Europa mogła liczyć na automatyczną ochronę zza Atlantyku. Dziś musi nauczyć się funkcjonować w świecie, gdzie gwarancje są warunkowe, a sojusze płynne. Dostosowanie się do „nowej architektury bezpieczeństwa” oznacza coś więcej niż zwiększenie wydatków obronnych – to konieczność strategicznego myślenia w kategoriach globalnych, a nie wyłącznie regionalnych.
W tym kontekście ofensywa handlowa Unii jawi się nie jako ucieczka do przodu, lecz jako racjonalna odpowiedź na wycofywanie się USA z multilateralizmu. Budowanie sieci porozumień z Ameryką Południową, Meksykiem, Indonezją czy Indiami to próba zabezpieczenia przyszłości w świecie rozproszonych centrów siły. Zapowiedź „historycznego porozumienia” z Indiami, określonego jako „matka wszystkich umów handlowych”, jest ambicją na miarę epoki przełomu. Nawet jeśli droga do uścisku dłoni będzie wyboista, sam kierunek jest jasny: Europa nie zamierza stać bezczynnie, czekając aż inni napiszą reguły gry.
Świat zmienił się trwale. To diagnoza bez patosu, lecz z ciężarem faktów. Prawdziwe pytanie brzmi, czy Unia potrafi zmienić się wystarczająco szybko? Davos pokazało, że retoryka stała się dojrzała. Teraz jest czas, by dojrzały decyzje. Jeśli Europa ma być podmiotem, a nie przedmiotem globalnej polityki, musi pogodzić poetykę wartości z prozą siły. W przeciwnym razie Grenlandia okaże się nie wyjątkiem, lecz zapowiedzią kolejnych testów, których stawka będzie znacznie wyższa niż arktyczna wyspa na północy światowej mapy. [MI]









