Wojna z Iranem – upadek dominacji USA?

Wojna między Stanami Zjednoczonymi a Iranem w marcu 2026 r. stała się czymś więcej niż konfliktem regionalnym.  Jej geneza jest oczywista: po izraelskich i amerykańskich uderzeniach w cele militarne i cywilne w Iranie, w tym zmasowanym nalocie na strategiczną wyspę Chark (Jazīreh-ye Khārk), Teheran odpowiedział z całą mocą swoich możliwości, przede wszystkim blokując Cieśninę Ormuz.

Sama cieśnina, oddzielająca Zatokę Perską od Zatoki Osmańskiej jest ciekawym geograficznie miejscem na mapie. Jednak ważniejsze jest jej znaczenie dla gospodarki światowej.  Przez to zwężenie jednej z najważniejszych światowych arterii transportu przepływa około 20% światowej produkcji ropy naftowej.  Zamknięcie cieśniny oznacza więc nie tylko globalny wzrost cen paliw, ale implikuje dalsze reperkusje: inflacyjne, logistyczne, a przede wszystkim, jak się okazuje – polityczne.

Efektem blokady było to, że administracja prezydenta USA Donalda Trumpa podjęła próbę utworzenia międzynarodowej koalicji morskiej, mającej „uwolnić” szlak żeglugowy.  Problemem Trumpa stało się jednak to, że światowi przywódcy państw sojuszniczych odmówili wsparcia wojny w regionie arabskim, rozpętanej przez Izrael i Stany Zjednoczone

Świat pokazuje Trumpowi jego miejsce

Chłodna, zdystansowana, momentami demonstracyjna reakcja państw NATO, oparta była na tym, że USA nie konsultowały z nimi swojej akcji, a sojusz został powołany w celach obronnych, a nie jako instrument ofensywnych interwencji, jednostronnie inicjowanych.

Dosadnie ujął to niemiecki Minister Obrony Boris Pistorius: „To nie jest nasza wojna.” („Es ist nicht unser Krieg.“).  Z kolei Prezydent Francji Emmanuel Macron zadeklarował, że Francja będzie gotowa do działania, ale dopiero po zakończeniu działań zbrojnych, czyli wtedy, gdy ryzyko polityczne i militarne będzie znacząco niższe.  Natomiast Premier Wielkiej Brytanii Keir Starmer przyjął stanowisko ostrożnego balansowania: poparcia dla stabilizacji regionu, ale bez wchodzenia w „szerszą wojnę”.

W imieniu Polski wypowiedział się Minister Spraw Zagranicznych Radosław Sikorski.  W wyważonym stanowisku wskazał, że „Jeżeli Stany Zjednoczone zwrócą się do NATO o dyskusję […] będziemy to rozważać.”  Potwierdził też, że prezydent wykluczył udział Wojska Polskiego w tej operacji.  Niezależnie od retorycznej otwartości na konsultacje oznacza to, że realny udział militarny Polski został z góry zamknięty.

Sikorski jednak nie ograniczył się do technicznej wypowiedzi.  Uderzył jednocześnie w ton polityczny Waszyngtonu: „Niepokoi, że Prezydent Trump mówi o NATO jako ‘ONI’, a nie ‘MY’.”  Zdanie to jest bardziej istotne niż się wydaje.  W dyplomacji oznacza subtelny, ale czytelny sygnał, że problemem jest nie tyle sama wojna, ale sposób, w jaki USA traktują sojuszników.

Wypowiedzi europejskich polityków wskazują nie na brak solidarności, ale świadomą kalkulację.  Europa, w ramach NATO, nie chce być już wasalem Waszyngtonu, ale pełnoprawnym partnerem.  Tym bardziej, że konflikt w Zatoce Perskiej został rozpoczęty bez uzgodnienia z sojusznikami.

Unia Europejska, zamiast angażować się militarnie, postawiła na dyplomację.  Szefowa unijnej dyplomacji Kaja Kallas wprost wezwała do zakończenia wojny i rozpoczęcia negocjacji, podkreślając, że Europa nie została nawet uprzedzona o planach operacyjnych USA.

Takie stanowisko nie wynika z naiwności, lecz z rachunku kosztów.  Europa już jest zaangażowana w konflikt rosyjsko-ukraiński, zmaga się z kryzysem energetycznym i nie ma ochoty na włączanie się w walki na kolejnym froncie.  Nie widzi też strategicznego interesu w eskalacji konfliktu z Iranem, który może zdestabilizować cały Bliski Wschód i wywołać kolejną falę kryzysów.

Nie tylko kraje NATO odmówiły wsparcia.  Japonia, Australia, Korea Południowa – wszystkie te państwa również odrzuciły apel Waszyngtonu.  Nawet państwa zależne od dostaw ropy przez Ormuz wolą negocjować z Iranem niż angażować się w operacje militarne, które mogą eskalować konflikt do poziomu regionalnej katastrofy.  Jest to sygnał znacznie szerszy niż tylko europejski sceptycyzm wobec oczekiwań Trumpa.  To początek erozji amerykańskiego przywództwa militarnego w dotychczasowej formie oraz redefinicja relacji transatlantyckich: mniej automatyzmu, a więcej warunkowości.

Reakcja Trumpa była przewidywalna, ale jeszcze bardziej destabilizująca relacje transatlantyckie.  Prezydent USA publicznie oskarżył sojuszników o pasożytnictwo i brak wdzięczności, sugerując nawet, że Stany Zjednoczone „nie potrzebują NATO”.  Padły również groźby rewizji zaangażowania USA w sojuszu.  W retoryce Trumpa pobrzmiewa dobrze znany motyw: Ameryka jest gwarantem bezpieczeństwa świata, który nie otrzymuje nic w zamian.

NATO – sojusz partnerski czy iluzja dominacji USA?

To nie jest już pytanie retoryczne, ale diagnoza kliniczna.  Przez dekady NATO budowało swoją tożsamość wokół wspólnych wartości: demokracji, wolności, bezpieczeństwa.  Aktualnie problem polega na tym, że narracja Trumpa ignoruje rzeczywistość XXI wieku.  NATO nie jest bowiem kontraktem usługowym, lecz wspólnotą wartości i wspólnych interesów, a te w przypadku wojny z Iranem nie są już takie oczywiste.

Fundament NATO, czyli Artykuł 5. mówiący o kolektywnej obronie państw członkowskich, pozostaje jednak nienaruszony.  Sojusz wciąż deklaruje gotowość obrony każdego cala terytorium i robi to wiarygodnie, czego dowodem jest choćby przechwytywanie irańskich pocisków lecących na obiekty amerykańskie w Turcji.

Wojna USA z Iranem w 2026 roku obnażyła jednak coś, o czym w politycznych kuluarach mówiono od lat: NATO coraz bardziej rozpada się jako blok polityczny, a staje się strukturą, której interesy po obu stronach Atlantyku coraz bardziej się rozmijają.  I właśnie w Cieśninie Ormuz – nie w Kijowie, nie w Kabulu – ta prawda wybrzmiała najgłośniej.  Jednocześnie wojna z Iranem pokazała coś brutalnie prostego: Artykuł 5. działa tylko wtedy, gdy ktoś zostaje zaatakowany, a nie, gdy jakiś polityk ma chęć zostać gwiazdą czasu wojny i decyduje się zaatakować pierwszy.

To fundamentalna różnica, którą pokojowa Europa właśnie wyraźnie podkreśliła: NATO nie jest narzędziem do legitymizowania unilateralnych operacji USA.  Skoro decyzja o rozpoczęciu wojny zapada jednostronnie w gabinecie Trumpa bez konsultacji z sojusznikami europejskimi, to dlaczego jej koszty mają być ponoszone kolektywnie przez kraje europejskie?  Tym samym Europa przestaje widzieć w USA „lidera” NATO, a zaczyna je postrzegać jako „aktora o własnej agendzie”. To subtelna, ale jednocześnie fundamentalna zmiana.

NATO dwóch prędkości – silniejsze militarnie, słabsze politycznie

Z jednej strony NATO jest dziś silniejsze niż dekadę temu.  Wydatki obronne rosną, przyjęto ambitne zobowiązania sięgające nawet 5% PKB, a zagrożenie ze strony Rosji zjednoczyło sojuszników wokół realnego celu.  Z drugiej strony – politycznie NATO jest bardziej kruche.  Siła militarna nie zastąpi bowiem spójności strategicznej, a tą właśnie naruszyły Stany Zjednoczone.

Należ też zauważyć, że w praktyce wyłania się nowy model NATO – sojusz dwóch prędkości.  Pierwsza to NATO „wschodnie”: Polska, kraje bałtyckie, Rumunia, dla których gwarancje amerykańskie póki co istotnie podnoszą szanse na przetrwanie w przypadku odpierania agresji rosyjskiej.  Druga to NATO „zachodnie”: Francja, Niemcy, Hiszpania, które coraz częściej myśli w kategoriach autonomii strategicznej i selektywnego zaangażowania, a sojusz postrzega jako partnerstwo państw, bez dalszej hegemonii USA.

Pomimo, że NATO przeżywa aktualnie problemy polityczne, to jego rozpad pod wpływem jednego konfliktu jest praktycznie niemożliwy.  Struktura instytucjonalna działa, a wspólne systemy dowodzenia oraz interoperacyjność armii są w stanie stałej gotowości do podjęcia ewentualnych działań obronnych.  To wciąż fundamentalna wartość.  NATO jednak może dość szybko zmienić swoją naturę – z sojuszu automatycznej solidarności może stać się sojuszem warunkowej współpracy, w którym każda operacja będzie negocjowana, a konflikty analizowane pod kątem interesów narodowych.

O ile NATO nie było nigdy idealnym monolitem, to dzisiaj raczej brutalne ujawniło istotną prawdę: sojusze trwają tak długo, jak długo członkowie szanują swoich partnerów.  Atak USA na Iran pokazał, że brak szacunku i rozjeżdżanie się interesów po obu stronach Atlantyku istotnie wpływają na poziom lojalności, która w takich momentach nie jest bezwarunkowa.   [MI]


Tagi:

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Archiwalne

Tagi

Bezpieczeństwo międzynarodowe Bezpieczeństwo wewnętrzne Chińska Republika Ludowa Dezinformacja Donald Trump Donald Tusk Ekonomia Energetyka Etyka Europejska Agencja Kosmiczna Grenlandia Kancelaria Prezesa Rady Ministrów Karol Nawrocki Klimat Kosmos Ministerstwo Cyfryzacji Ministerstwo Obrony Narodowej Ministerstwo Sprawiedliwości Morze Bałtyckie NATO Ocean Ochrona obywatela Ochrona przyrody Odnawialne źródła energii ONZ Polska Polska Agencja Kosmiczna Prawa obywatelskie Praworządność Represje polityczne Siły Zbrojne Strategia rozwoju Sztuczna Inteligencja Tarcza Wschód Unia Europejska Ursula von der Leyen USA Ustawa Veto prezydenckie Waldemar Żurek Wojna Współpraca gospodarcza Zielony wzrost Zwierzęta domowe Środowisko