Wejście w życie Traktatu o Morzu Pełnym to moment, który łatwo ogłosić historycznym i równie łatwo… źle zrozumieć. To nie jest triumfalny finał wieloletniej batalii o oceany, lecz raczej otwarcie nowego rozdziału – ambitnego, potrzebnego, ale pełnego znaków zapytania. Prawo wreszcie dogoniło rzeczywistość, choć nadal biegnie za nią zadyszane.
Morza pełne, rozciągające się poza granicami państw, przez dekady funkcjonowały jak globalna ziemia niczyja. Obszar wspólny dla wszystkich, ale realnie nie chroniony przez kogokolwiek. Paradoks polegał na tym, że im więcej wiedzieliśmy o znaczeniu oceanów dla klimatu, obiegu węgla i bioróżnorodności, tym intensywniej pozwalaliśmy je eksploatować. Traktat zmienia ten stan rzeczy, przynajmniej na papierze. Wprowadza bowiem ramy prawne, obowiązki, procedury i mechanizmy, które wcześniej po prostu nie istniały. To już nie deklaracja dobrej woli, lecz prawo międzynarodowe.
Porozumienie ONZ Różnorodność Biologiczna poza Jurysdykcją Krajową (BBNJ, Biodiversity Beyond National Jurisdiction) przyjęto w 19.06.2023 r., jednak dopiero niedawno osiągnęło wymagany próg 60 ratyfikacji, co umożliwiło wejście traktatu w życie od 17.01.2026 r. Aktualnie traktat ratyfikowało ponad 80 państw, a pierwsza Konferencja Stron (COP, Conference of the Parties) planowana jest w drugiej połowie 2026 roku.
Nowe regulacje umożliwiają tworzenie morskich obszarów chronionych na wodach międzynarodowych, nawet wbrew sprzeciwowi pojedynczych państw. To przełom w świecie dyplomacji, gdzie konsensus bywa wygodnym narzędziem paraliżowania efektywnych działań. Traktat nakłada też obowiązek oceniania oddziaływania na środowisko planowanych działań oraz wymusza przejrzystość, co oznacza, że teraz to rządy będą musiały informować opinię publiczną o przedsięwzięciach mogących wpłynąć na stan oceanów. Wreszcie pojawia się element solidarności, jakim jest wsparcie udzielane państwom rozwijającym się w dostępie do technologii i kompetencji, bez których ochrona oceanów pozostanie pustym hasłem.
Brzmi dobrze, a nawet bardzo dobrze. Problem w tym, że oceany nie są niszczone przez brak dokumentów, lecz przez tych, którzy robią na nich ogromne finansowe interesy. I chociaż traktat podnosi poprzeczkę, to jednak nie zamyka wszystkich furtek. Największą z nich jest górnictwo głębinowe – branża jeszcze raczkująca, a już obciążona tym, że jej działalność może przynosić nieodwracalne szkody w środowisku naturalnym oceanów. Państwa, które formalnie poparły nowe regulacje, jednocześnie sondują możliwość eksploatacji dna morskiego w poszukiwaniu surowców dla „zielonej transformacji”. To dysonans, którego nie uda się zagłuszyć językiem postępu.
Jak zauważa Sofia Tsenikli z Deep Sea Conservation Coalition: „Dziś jest dzień świętowania dla bioróżnorodności i multilateralizmu, ale praca nad ochroną oceanów jest daleka od zakończenia.”. Jej słowa brzmią jak pochwała, ale i ostrzeżenie. Traktat nie zatrzyma automatycznie niszczycielskich praktyk; nie powstrzyma koparek, jeśli polityczna wola pójdzie w przeciwną stronę; nie cofnie szkód wyrządzonych ekosystemom, których jeszcze nie zdążyliśmy poznać.
Do tego dochodzi jeszcze jeden niewygodny fakt: większość destrukcyjnej działalności człowieka odbywa się nie na morzach pełnych, lecz na wodach krajowych. To na nich koncentrują się połowy, transport, zanieczyszczenia i presja infrastrukturalna. Dr Enric Sala z inicjatywy Pristine Seas przypomina, że ochrona wód narodowych „nie może zostać zepchnięta na dalszy plan”. To zdanie powinno wisieć we wszystkich gabinetach ministrów środowiska na całym świecie. Bez spójnej ochrony całego systemu morskiego, od wybrzeża po otwarty ocean, traktat pozostanie elegancką, lecz niestety tylko fragmentaryczną odpowiedzią na potrzeby ochrony oceanów i mórz.
Nie sposób jednak zbyć tego porozumienia wzruszeniem ramion. Jason Knauf z Earthshot Prize mówi o „nowej erze systemowej zmiany w zarządzaniu oceanami”. I ma rację, jednak pod warunkiem, że era ta nie skończy się na ceremoniach i komunikatach prasowych. Traktat daje narzędzia, tylko teraz trzeba z nich zacząć konsekwentnie korzystać, nawet jeśli oznacza to konflikt z potężnymi interesami gospodarczymi.
Oceany nie potrzebują kolejnych symbolicznych gestów; potrzebują decyzji, które nawet jeżeli zabolą bizesy, to realnie ograniczą ich zapędy. Jeżeli Traktat o Morzu Pełnym ma być czymś więcej niż pomnikiem dobrych intencji, musi stać się punktem wyjścia do twardszych działań, jak: moratorium na górnictwo głębinowe, skuteczne monitorowanie działalności na oceanach i morzach, a także nakładanie realnych i dotkliwych sankcji za łamanie prawa. W przeciwnym razie historia zapamięta Traktat nie jako przełom, tylko jako piękną chwilę zawahania – moment, w którym świat wiedział, co należy zrobić, ale nie miał odwagi pójść na całość i do końca zadbać o naszą wspólną planetę. [ZA]








